Pierwszy raz napisane na: http://zgromadzenie-dusz.blog.onet.pl
…
Klamka była zimna niczym lód… oglądałeś wszystko oczyma postaci nad która nie miałeś w ogóle kontroli… pociągnąłeś razem z nią za drzwi… przymrużenie oka… światło, mocne, białe, oślepiające… oczy powoli zaczęły się przyzwyczajać… obraz zaczął smużyć lekko. W domu nikogo nie było… a przynajmniej na to wyglądało… poszedłeś do łazienki, zabrałeś ręcznik i stanąłeś przed lustrem… ku twojemu zdziwieniu nie było w nim odbicia… położyłeś na nim jedną rękę i przesunąłeś nią po tafli lustra… powoli i delikatnie… twoja dłoń zacisnęła sie w pięść… przycisnąłeś ją do lustra… i opuściłeś głowę… zamknąłeś oczy. Gdy je otworzyłeś obraz był niewyraźny…
Po przemyciu twarzy, umyciu włosów i zębów wyszedłeś z łazienki… Nagle usłyszałeś niewyraźny głos “Chodź… ” głos powoli zamilkł, aby ponownie sie odezwać “Śniadanie jest już gotowe”.. Spojrzałeś na swoje ręce… były cale w szramach, ściekała po nich krew, gdy mrugnąłeś oczyma krew znikła… usłyszałeś ponownie głos “Śniadanie!” i nagle… wykrzyczałeś donośnie i ze złością “Słyszę!!”… Wszystko ucichło… nic nie było słychać… Poszedłeś do kuchni… usiadłeś i powoli zacząłeś przeżuwać kanapki… patrzyłeś się cały czas w jeden punkt pokoju… cały czas w ten jeden punkt… nigdzie więcej, nic więcej sie nie liczyło… Gdy zjadłeś śniadanie poszedłeś ponownie do pokoju żeby się ubrać… spojrzałeś na zegarek… 7:30.. szybko złapałeś plecak i pewnym krokiem ruszyłeś do drzwi od mieszkania… Zamknąłeś je szybko i pewnie… zacząłeś zbiegać po schodach… w głowie słyszałeś głos, który mówił cały czas.. “SZYBCIEJ!… Szybciej!.. Szybciej… szybciej…” Gdy dobiegłeś na sam dół klatki schodowej zatrzymałeś się na chwilę… czułeś ból w okolicach klatki piersiowej.. był rozrywający, czułeś go za każdym razem gdy brałeś oddech… czułeś się jakby życie którym byłeś było jakąś chorobą… za każdym razem by zaczerpnąć oddechu musiałeś przejść przez ten ból i cierpienie… nagle ból ustał… wyszedłeś na zewnątrz… blokowisko… pustka… nikogo nie ma. Korony drzew chwieją się lekko pod wpływem wiatru.. ani jednej oznaki życia… żadnego człowieka. Zacząłeś iść… pewnie do szkoły, bo niby gdzie indziej się idzie z plecakiem… Nagle zacząłeś słyszeć szepty… “Zabij się… zabij..” ignorowałeś je… były coraz bardziej silniejsze.. nie były normalne, kłuły w serce… Szedłeś tak z opuszczoną głową… Gdy nagle stanął przed tobą człowiek ubrany w togę… taki sam jakiego widziałeś na samym początku swej wędrówki… uniosłeś głowę i spojrzałeś na niego… Jedyne co powiedział to “Zabij się..”. Ominąłeś go i zacząłeś iść dalej… z tyłu było słychać tylko wołanie… “Od tego nie da się uciec!”… Ze wzrokiem tkwiącym stale w przód szedłeś dalej…
…


