Lece w chmur objęcia delikatne,
Śłońca blask oślepia mnie,
Dotknąc promieni słońca, tak dzisiaj tego chce,
Powoli dotykam gwiazd, cierń promieni kłuje mnie,
Biorę w ręke ciemność tą, i zakrywam ciało swe,
Czuję chłód, przez ciało me przechodzi dreszcz,
Siedzę tak sam, pośród czterech ścian,
W głowie milion myśli mam,
Jedną z nich jesteś Ty, wracasz do mej głowy,
I zastajesz tam pustkę, obracasz głowę i widzisz wojnę,
Stoisz pośrodku tych dwóch frontów które zaraz zderzą się,
Nie masz gdzie uciec, lecz zaczekaj,
W górę wespnij się – mówisz nie ma po czym…
No tak, to prawda, więc może wskocz do wody,
Popłyń na samo dno, może spotkasz tam już mnie,
Zagubiony, krew wypływa ze mnie wciąż, gdzieś na samym dnie,
Nagle blask, i cały obecny świat zgasł,
Patrze za okno, ludzi tłum, każdy żyje sobie sam,
Niby razem lecz oddzielnie, tak już jest, każdy tak ma,
Sądzisz że masz kogoś bliskiego? Nic bardziej mylnego…
To tylko człowiek, kolejne zwierze,
Ty w to wierzysz? Bo ja w to nie wierze…
To nie może być tak, to zbyt wielkie zło,
Weź w końcu w dłonie swój los, i pójdź prosto na wprost,
To nic że nie widać nic przed Tobą,
Przejdź trochę dalej i odwróć się, a przekonasz się czy idzie ktoś za twą osobą…